Newsletter

Zapisz się i odbierz rabat 5%

Email:

Brak produktów

150,00 zł Do darmowej dostawy brakuje:
Wartość produktów: 0,00 zł
Realizuj zamówienie

Produkt dodany do koszyka!

Ilość:
Razem:

Produktów w koszyku: 0. Jest 1 produkt w Twoim koszyku.

Wartość koszyka:
Do darmowej dostawy brakuje: 150,00 zł
Twój sport
Twoja pasja

Złóż zamówienie w ciągu

00

godz.

00

min.

00

sek.

a Twoja paczka zostanie wysłana

Dziś

03.06.2020

Nawet José Mourinho nie wierzył, że FC Porto może wygrać Ligę Mistrzów. Jak dokonał niemożliwego?

Nawet José Mourinho nie wierzył, że FC Porto może wygrać Ligę Mistrzów. Jak dokonał niemożliwego?

„Nawet José Mourinho tak naprawdę nie wierzył, że FC Porto może wygrać Ligę Mistrzów w 2004 roku” – opisuje w swojej książce „Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się współczesny europejski futbol” Michael Cox. Jak Portugalczyk doprowadził więc swój zespół to tak gigantycznego sukcesu? Wyruszcie wraz z nami w podróż w przeszłość.

 

Fragmenty książki:

Sezon wcześniej Portugalczyk poprowadził ten zespół do triumfu w Pucharze UEFA, pokonując w dramatycznym finale Celtic 3:2, ale miał skromne ambicje, jeśli idzie o najważniejsze klubowe rozgrywki na kontynencie. Po pierwsze, chciał awansować do fazy pucharowej, po drugie, zamierzał zostawić w pokonanym polu jakiś wielki klub, by w ten sposób umieścić FC Porto – albo, co bardziej prawdopodobne, siebie – na piłkarskiej mapie Europy, co tłumaczy, dlaczego świętował zwycięstwo nad Manchesterem United w 1/8 finału bardziej żywiołowo niż którykolwiek z późniejszych triumfów.

 

„Możemy osiągnąć coś fajnego – powiedział Mourinho przed swoją pierwszą przygodą z Ligą Mistrzów. – Ale chyba nie jesteśmy w stanie wygrać. Mogą to zrobić jedynie grube ryby, które stać na wyłożenie 40 milionów funtów za jednego gracza”. Po zdobyciu Pucharu UEFA jego zespół prawie się nie wzmocnił. Nie licząc odejścia do Tottenhamu środkowego napastnika Héldera Postigi, którego zastąpił Benni McCarthy, FC Porto przystąpiło do nowego sezonu w niezmienionym składzie. Ale jedność drużyny pomogła ekipie Mourinho sięgnąć po najbardziej nieprawdopodobne końcowe zwycięstwo w historii Ligi Mistrzów.

 

Niewykluczone, że edycja 2003/04 była najlepsza w dziejach tych rozgrywek, ponieważ została całkowicie zdominowana przez drużyny skazywane na pożarcie. Niektórzy upatrują wyjaśnienia w tym, że brakowało wtedy wybitnych ekip, ale nic nie mogłoby być dalsze od prawdy. Arsenal nie przegrał w tamtym sezonie w Premier League ani razu. AC Milan Carlo Ancelottiego, drużyna, która zdominowała wówczas Ligę Mistrzów, sięgnął po swoje jedyne mistrzostwo Włoch. To prawdopodobnie wtedy najmocniejszą ekipę w historii miał Lyon, który sięgał właśnie po czwarty z siedmiu tytułów mistrza Francji z rzędu.

 

Ale w ćwierćfinałach doszło do czterech nieprawdopodobnych rozstrzygnięć. Arsenal uległ innej londyńskiej ekipie, Chelsea, za sprawą gola, którego Wayne Bridge strzelił pod koniec meczu na Highbury. AC Milan odpadł w nadzwyczajnych okolicznościach – wygrał pierwsze spotkanie z Deportivo 4:1, by przegrać rewanż w La Coruñi 0:4. FC Porto pokonało Olympique Lyon 4:2 po fascynującym dwumeczu, a jeszcze więcej wrażeń przyniósł pojedynek galaktycznego Realu Madryt z AS Monaco, które awansowało do następnej rundy dzięki lepszemu bilansowi bramek strzelonych na wyjeździe (w dwumeczu było 5:5). Wszyscy czterej półfinaliści byli autsajderami, a największy z nich ostatecznie sięgnął po trofeum.

 

FC Porto pochodziło z najmniejszego kraju i składało się z piłkarzy wyrwanych ze średniaków ligi portugalskiej. Decydujące jednak okazało się doświadczenie drużyny w europejskich pucharach, mogła ona też pochwalić się najlepszym młodym trenerem w Europie. Mourinho zasłynął potem jako menedżer hołdujący defensywnemu stylowi, ale w czasach trenerskiej przygody w ojczyźnie był zwolennikiem odważnej, szybkiej gry podaniami.

 

Portugalczyk pierwszy raz posmakował futbolu na najwyższym poziomie, gdy pracował jako tłumacz dla Bobby’ego Robsona, najpierw w Sportingu Lizbona i FC Porto, a później, już w charakterze asystenta, w Barcelonie. Portugalczyk zyskał pewną sławę, ponieważ tłumacząc odpowiedzi Robsona na konferencjach prasowych, dodawał od siebie szczegóły taktyczne. Regularnie pakował się jednak w kłopoty, bo zachowywał się agresywniej niż jego przełożony w stosunku do piłkarzy, sędziów i dziennikarzy. „Mourinho irytował ludzi od samego początku. Jak jesteś Johanem Cruyffem, możesz sobie być wyniosły i arogancki, co innego jednak, gdy jesteś nikim. Robsonowi wyszłoby zdecydowanie na lepsze, gdyby jego zastępca był bardziej obeznany z klubem oraz zawodnikami i potrafił zręczniej obchodzić się z ludźmi” – pisał Enric Bañeres, felietonista ukazującej się w stolicy Katalonii gazety „La Vanguardia”. Ówczesne zachowanie Portugalczyka w Barcelonie miało okazać się istotne wiele lat później.

 

***

Przygotowanie fizyczne graczy FC Porto okazało się szczególnie istotne w drodze po triumf w Lidze Mistrzów, ponieważ zespół bazował na pressingu w znacznie większym stopniu niż ekipy, które Mourinho prowadził w późniejszym czasie. FC Porto zakładało agresywny pressing pod polem karnym rywala i grało wysoko ustawioną linią obrony, zorganizowaną wokół pary środkowych defensorów, Jorge Costy i Ricardo Carvalho. Ten pierwszy poróżnił się z poprzednikiem Mourinho, Octávio Machado, i choć był kapitanem drużyny, wypożyczono go do Charltonu, ale został ściągnięty z powrotem, gdy drużynę przejął Mou. Carvalho natomiast był wychowankiem FC Porto i pod okiem Mourinho stał się jednym z najlepszych środkowych obrońców w Europie, który używał podczas interwencji zarówno mózgu, jak i mięśni. Na bokach defensywy grali Paulo Ferreira, który został tam przesunięty przez Mourinho z prawej pomocy, a w Lidze Mistrzów doskonale spisał się w pojedynkach ze skrzydłowymi w rodzaju Ryana Giggsa i Jérôme’a Rothena, oraz Nuno Valente, znany Mourinho z ich poprzedniego klubu, Leirii.

 

Ten kwartet doskonale się rozumiał i potrafił wyjść do przodu, by złapać rywala na spalonym, ale w tej kwestii w przypadku Porto działo się coś dziwacznego. W trakcie drogi po triumf w Lidze Mistrzów wielokrotnie zdarzało się, że sędziowie niesłusznie odgwizdywali spalone napastnikom przeciwników, choć powtórki pokazywały, że rywalom Porto udało się uniknąć pułapki ofsajdowej. Najbardziej ewidentnym przykładem był mecz na Old Trafford w 1/8 finału, gdy arbitrzy nie uznali z tego powodu prawidłowej bramki Paula Scholesa. Zdarzało się to jednak tak często, że w grę musiało wchodzić coś więcej niż szczęście – obrońcy Porto zachowywali się tak przekonująco, gdy sygnalizowali spalonego, nawet jeśli wcale go nie było, że asystenci sędziego głównego regularnie dawali się im nabrać. W półfinale z Deportivo gracze Porto łapali przeciwników na ofsajdzie czterokrotnie, przy czym przynajmniej raz z pewnością nie było spalonego, a decyzja liniowego odebrała Hiszpanom okazję sam na sam z bramkarzem. W finale zawodnicy Monaco dali się złapać na ofsajdzie niewiarygodne 12 razy, z czego trzykrotnie z powodu błędnej decyzji sędziów, a dwa razy napastnik francuskiej drużyny stracił przez to szansę na znakomitą sytuację bramkową. Ostatecznie drużyna Deschampsa w całym meczu nie zdołała oddać ani jednego celnego strzału na bramkę.

 

Piłkarze Mourinho byli też bardzo skuteczni w unikaniu zawieszeń za nadmiar kartek. Sześciu graczy FC Porto przystępowało do rewanżowego spotkania półfinałowego w La Coruñi z perspektywą, że żółta kartka wyeliminuje ich z występu w finale, a dwóch kolejnych trafiło w tym meczu do notesu sędziego, a mimo to cała ósemka, balansując na tej cienkiej granicy, zdołała uniknąć zawieszenia na finał z Monaco.

 

W samym spotkaniu finałowym wysoko ustawiona linia defensywna portugalskiej ekipy trzymała z dala od własnego pola karnego środkowego napastnika Monaco Fernando Morientesa, co oznaczało, że jego zgrania głową na nic się nie zdały. Costa i Carvalho ustawiali się inteligentnie, by przecinać prostopadłe podania, a bramkarz Vítor Baía skutecznie czyścił przedpole przed własną szesnastką. Mimo że ustawienie Porto 4-3-1-2 teoretycznie dawało sporo miejsca do gry bocznym obrońcom Francuzów, Patrice’owi Evrze i Hugo Ibarrze (skądinąd wypożyczonemu właśnie z Porto), to Portugalczycy pressingiem spychali ich do linii bocznych. Napastnicy Carlos Alberto i Derlei schodzili do boku, a pomocnicy grający na boku w środkowej formacji ustawionej w diament także zbiegali do linii, by jeszcze większą liczbą naciskać rywali. Costinha w roli defensywnego pomocnika zagrał po profesorsku, a niekiedy brał na siebie obowiązki dodatkowego środkowego obrońcy. Mourinho określał go mianem swego „trenera na boisku” – pomocnik schodził często do linii bocznej, by odebrać instrukcje od szkoleniowca i przekazać je partnerom na murawie.

 

Porto zaczęło spokojnie i miało szczęście, że Ludovic Giuly, nieuchwytny ofensywny pomocnik Monaco, z powodu kontuzji musiał zejść z boiska w środku pierwszej połowy. Dado Pršo, który za niego wszedł, był drugim środkowym napastnikiem na murawie i wysoko ustawiona defensywa Portugalczyków radziła sobie bez problemów. Zespół Mourinho strzelił bramkę z niczego tuż przed przerwą, a jej autorem był napastnik Carlos Alberto. Nie udało mu się opanować dośrodkowania Ferreiry, lecz piłka odbiła się od obrońcy, a następnie Brazylijczyk instynktownie trafił z półobrotu do siatki. Był to jego jedyny wkład w finał i – po prawdzie – jedyny pamiętny moment w całej karierze tego zawodnika; mimo że wtedy był wysoko cenionym 19-letnim reprezentantem Brazylii, w seniorskiej piłce strzelił łącznie niespełna 40 goli.
W rzeczy samej, po zejściu Carlosa Alberto Porto przypieczętowało swoje zwycięstwo. Mourinho wprowadził szybkiego ofensywnego pomocnika Dmitrija Aleniczewa, który grał po lewej stronie ustawionej w diament pomocy, a Maniche został przesunięty wyżej, by biegać obok Deco, „dziesiątki” FC Porto i gwiazdy drużyny. Portugalski zespół nastawił się na kontry, a Rosjanin odgrywał w nich kluczową rolę. W połowie drugiej odsłony Deco poprowadził piłkę środkiem pola i odnalazł Aleniczewa na lewej stronie, następnie otrzymał podanie zwrotne w szesnastce, zamarkował strzał w prawy róg i posławszy bramkarza Flavio Romę w złą stronę, lekką podcinką umieścił futbolówkę w lewym rogu bramki. Co za nadzwyczajnie spokojne wykończenie.

 

„Zaczerpnąłem powietrza i odseparowałem się od wszystkiego: byłem tylko ja, bramkarz i środkowi obrońcy – opisywał później tę sytuację Deco. – Byłem w stanie tak zagrać bez choćby chwili namysłu, jakbym grał z przyjaciółmi w parku. Gdybym pomyślał o tym wszystkim, co działo się wokół mnie, o tym, że był to rozstrzygający gol w finale Ligi Mistrzów, najnormalniejszą reakcją byłby strzał z całej siły”. A potem Aleniczew zdobył trzecią bramkę, kiedy dobiegł do odbitego od rywala prostopadłego podania i potężnie uderzył do siatki. Charakter tych dwóch bramek mógłby sugerować, że Porto było zespołem nastawionym na kontry, ale zwykłe drużyna Mourinho grała zdecydowanie bardziej ofensywnie.

Tekst przygotował: Tomasz Czernich

Więcej dowiesz się z książki sportowej "Gegenpressing i tiki-taka. Jak rodził się nowoczesny europejski futbol" klikająć TUTAJ.

 

  

Skomentuj ten wpis

* Imię
* Email (nie publikowany)
* Komentarz
Przepisz kod

Proszę czekać...