5%

Newsletter

Zapisz się i odbierz rabat 5%

Email:

Brak produktów

150,00 zł Do darmowej dostawy brakuje:
Wartość produktów: 0,00 zł
Realizuj zamówienie

Produkt dodany do koszyka!

Ilość:
Razem:

Produktów w koszyku: 0. Jest 1 produkt w Twoim koszyku.

Wartość koszyka:
Do darmowej dostawy brakuje: 150,00 zł

Przygotowaliśmy EuroPROMOCJĘ! Produkty w cenach od 9 zł i naliczany w koszyku rosnący EuroRABAT (im więcej kupujesz, tym więcej zyskujesz). Sprawdź szczegóły promocji TUTAJ.

Droga do Euro 2008 oczami reprezentantów Polski

Droga do Euro 2008 oczami reprezentantów Polski

Pierwszy turniej o mistrzostwo Europy rozegrano już w 1960 roku, ale reprezentacja Polski musiała czekać na debiut w tej imprezie aż 48 lat. Sztuka awansu na czempionat Starego Kontynentu nie powiodła się nawet drużynom Kazimierza Górskiego czy Antoniego Piechniczka. W tym wpisie przybliżamy Wam drogę do Euro 2008 we wspomnieniach reprezentantów Polski, które pochodzą z wydanej przez Wydawnictwo SQN książki poświęconej historii polskiego futbolu Moje najważniejsze 90 minut

 

Trudny początek po nieudanym Mundialu w 2006 roku

Po słabych wynikach na mistrzostwach świata w Niemczech z posadą selekcjonera kadry narodowej pożegnał się Paweł Janas. Jego miejsce zajął Holender Leo Beenhakker. Pierwsze mecze jego zespołu nie należały do udanych: najpierw towarzyska porażka z Duńczykami, a potem, na otwarcie eliminacji do Euro 2008, klęska z przeciętną drużyną Finlandii. Był to ostatni mecz w reprezentacji dla Tomasza Frankowskiego i Mirosława Szymkowiaka. Z czasem objawił się trenerski kunszt byłego trenera Realu Madryt. Pierwsze światełko w tunelu pojawiło się 6 września 2006 roku podczas meczu z Serbami na Stadionie Legii Warszawa.

Wojciech Kowalewski:

Pierwszy mecz w Bydgoszczy z Finlandią przegraliśmy 1:3. Bronił Jerzy Dudek, a w rezerwie znaleźliśmy się ja i Artur Boruc. Cała drużyna wypadła zdecydowanie poniżej oczekiwań sztabu szkoleniowego. W następnym meczu czekał nas bój z Serbią w Warszawie. (…)
Jako zespół nie prezentowaliśmy się na treningach zbyt dobrze. Pamiętam doskonale pewną sytuację, gdzie w grze treningowej nie byliśmy w stanie wymienić trzech sensownych podań. Coś się w nas zacięło, coś trzeba było natychmiast zmienić, przede wszystkim w sferze mentalnej. (…)
W zasadzie cały mecz przebiegał pod naszą kontrolą. Stwarzaliśmy też wiele sytuacji bramkowych, których nie potrafiliśmy wykorzystać. W 70. minucie spotkania nie ustrzegliśmy się jednak błędu. W sytuacji sam na sam wybroniłem strzał Marko Pantelicia, lecz byłem bezradny wobec dobitki z pięciu metrów Danko Lazovicia. Zwycięstwo w tym meczu było bardzo blisko, ale ostatecznie zremisowaliśmy 1:1.

Mecz założycielski zespołu Leo Beenhakkera

Po dwóch rozegranych spotkaniach nasza sytuacja w grupie była nie do pozazdroszczenia. Stało się jasne, że jeśli chcemy marzyć o historycznym awansie, musimy wygrać większość pozostałych meczów, w tym z bardzo silnymi przeciwnikami. W październiku kadra miała rozegrać dwa mecze – z Kazachstanem oraz Portugalią. Mecz w Ałmatach był przykładem zwycięstwa drużyny, pomimo przeciętnej dyspozycji dnia poszczególnych zawodników. Po golu Smolarka Polska zwyciężyła 1:0. Prawdopodobnie nikt się nie spodziewał, że już cztery dni później, 11 października 2006 roku, nasza reprezentacja rozegra jeden z najlepszych meczów w swojej historii.

Mariusz Lewandowski:

Pamiętam, że przed meczem z Portugalią szkoleniowiec powiedział: „Jesteście gotowi, to wasz mecz, wasz wieczór. Gracie w  dobrych klubach, więc pokażcie, co umiecie. Róbcie wszystko dla rodzin, kibiców, a przede wszystkim dla samych siebie. (…) W mecz weszliśmy idealnie, bo szybko strzeliliśmy gola, później poprawiliśmy wynik drugim trafieniem. Przy pierwszej bramce oddałem strzał, a Ebi Smolarek musiał tylko dopełnić formalności. Można więc powiedzieć, że 99 procent tego gola to moja zasługa… Oczywiście żartuję.

Jacek Bąk:

W drugiej połowie rywale troszkę się otrząsnęli i próbowali dojść do głosu, ale nasza formacja defensywna nie pozwalała im na zbyt wiele. Dopiero w końcówce Portugalczycy złapali drugi oddech, uzyskali przewagę i zdołali zdobyć bramkę kontaktową. Na kolejną było już jednak za późno. Trzy punkty zostały w Chorzowie.

Maciej Żurawski:

Po meczu z Portugalią dałem kierownikowi swoją koszulkę i poprosiłem go, żeby poszedł do szatni rywali, żeby ją wymienić. Nie miałem na myśli trykotu żadnego konkretnego zawodnika, po prostu chciałem mieć pamiątkę. Niestety, porażka w Chorzowie tak musiała zaboleć Portugalczyków, że nie chcieli wymiany koszulek. Zdenerwowałem się trochę: OK, przegrali mecz, ale mogliby się zachować inaczej. Pojawiło się u mnie więcej sportowej złości i satysfakcji, że utarliśmy nosa rywalowi takiej klasy. I tylko utwierdziło mnie to w przekonaniu, jak duży osiągnęliśmy sukces.

Cichy bohater eliminacji, o których więcej przeczytasz w książce Moje najważniejsze 90 minut

Jak można było się spodziewać, po meczu z Portugalią na Stadionie Śląskim w kraju wybuchała euforia. To prawda, rezultat był fantastyczny, ale do realizacji celu, czyli awansu, pozostawało jeszcze wiele kroków do zrobienia. Pierwszym z nich był listopadowy mecz w Brukseli z drużyną Belgii. Po październikowych starciach kibice oczekiwali zwycięstwa. Ale w drużynie przeciwnej grały takie gwiazdy, jak Daniel van Buyten czy Thomas Vermaelen. Zadanie więc nie było tak proste, jak by się mogło wydawać. Mecz wyłonił nieoczywistego bohatera, ówczesnego zawodnika GKS Bełchatów, Radosława Matusiaka. 

Radosław Matusiak:

Do dziś jednym z najbardziej pamiętnych obrazków z tego spotkania jest sytuacja, gdy wygrałem pojedynek fizyczny z Danielem van Buytenem i zdobyłem tę pamiętną bramkę. A mogłoby się wydawać, że Belg będzie miał wszystko pod kontrolą i nie pozwoli mi stworzyć zagrożenia. Popełnił jednak błąd, bo zapomniał, że każda chwila rozprężenia może oznaczać niebezpieczeństwo. Właśnie tego zawsze uczyli mnie trenerzy: że mam czyhać na swoją szansę, zawsze spodziewać się niespodziewanego.
Po meczu, gdy wszystko się już uspokoiło, wezwano mnie na kontrolę antydopingową. Wróciłem po niej do autokaru i dołączyłem do czekających na mnie kolegów, a wtedy wszyscy wstali i zaczęli klaskać. Nawet ci piłkarze, których wcześniej mogłem oglądać tylko w telewizji. To było coś niesamowitego, wyjątkowego, co zostało mi w głowie do dziś. Poczułem się bardzo doceniony. Pamiętajmy, że byłem kadrowiczem, który dopiero wchodził do reprezentacji Polski. Spotkanie z Belgami było dopiero moim czwartym występem w drużynie narodowej.

Dziewięć punktów z rywalami ze Wschodu

Trzy zwycięstwa z rzędu spowodowały znaczną poprawę sytuacji Polski w tabeli grupy A. Należało jednak zdobyć kolejne 12 punktów w spotkaniach z niżej notowanymi drużynami Azerbejdżanu i Armenii. W marcu 2007 roku czekały nas domowe starcia z tymi rywalami. Najpierw na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie zespół dowodzony przez Leo Beenhakkera pokonał Azerów 5:0, a bramki zdobywało aż pięciu zawodników, w tym nowe ogniwa kadry – Wojciech Łobodziński i Przemysław Kaźmierczak. Cztery dni po tym meczu, 28 marca, w Kielcach reprezentacja podejmowała Ormian. Mecz nie był nadzwyczajnym widowiskiem, a trzy punkty zapewnił nam golem w 26. minucie Maciej Żurawski.

Na kolejne mecze kadry kibicom przyszło czekać aż do czerwca. Terminarz ułożył się dla Polaków niekorzystnie, musieli bowiem rywalizować na gorącym, zarówno pod względem temperatury, jak i trybun klimatu, terenie – w Azerbejdżanie i Armenii. Oba mecze nie przebiegały pod dyktando Biało-Czerwonych. O ile losy spotkania rozgrywanego w Baku udało się odwrócić w końcówce i wywieźć trzy punkty, o tyle batalia z Armenią zakończyła się niepowodzeniem, co było dużym rozczarowaniem dla zespołu i jego kibiców. Mimo wszystko nadal mieliśmy wszystko w swoich rękach.

 

Ważne remisy na drodze do awansu

Eliminacje wkroczyły w decydującą fazę. Do rozegrania pozostało pięć spotkań. Na pierwszy ogień Polacy zmierzyli się na wyjeździe z Portugalczykami. Wiadomo było, że podrażnieni podopieczni Luiza Felipe Scolariego będą chcieli zrewanżować się za wcześniejszą porażkę. Estádio da Luz przywitało drużyny ogłuszającym dopingiem. Na początku dominowali gospodarze, ale niespodziewanie w 44. minucie spotkania trybuny skutecznie uciszył efektownym golem Mariusz Lewandowski. To jeszcze bardziej rozjuszyło zespół Cristiano Ronaldo, który dzięki jego bramce w 73. minucie wyszedł na prowadzenie. I wówczas Jacek Krzynówek, arcyważna postać tamtej kadry Polski, oddał być może najważniejszy strzał w swej reprezentacyjnej karierze.

Jacek Krzynówek:

Nie zamierzaliśmy się poddawać. W 88. minucie otrzymałem piłkę kilkanaście metrów przed linią pola karnego. Szukałem partnerów i do dziś nie wiem, dlaczego zdecydowałem się na oddanie strzału z ponad 20 metrów. Piłka z ogromną prędkością trafiła w słupek, odbiła się od pleców Ricardo i ugrzęzła w siatce. Jurek Dudek i Tomek Rząsa wiele razy śmiali się ze mnie, że zaliczyli mi samobója zdobytego przez portugalskiego bramkarza. Oczywiście to żarty, bo przyznają też, że gol był wyjątkowej urody.
Z boiska w Lizbonie schodziliśmy bardzo zadowoleni, ale nie popadaliśmy w hurraoptymizm. Zdobyty „na Portugalczykach” punkt przybliżył nas znacznie do upragnionego pierwszego awansu do finałów mistrzostw Europy, ale do końca eliminacji pozostały nam jeszcze cztery spotkania: z Finlandią, Kazachstanem, Belgią i Serbią.

Istotnie, każde kolejne spotkanie było równie ważne. Już cztery dni później kadra Beenhakkera wyszła na murawę stadionu w Helsinkach, aby wykonać następny krok ku wymarzonemu celowi.

Jacek Krzynówek:

Zawsze najważniejszy jest ten najbliższy mecz, a w tym przypadku było to starcie z Finlandią w Helsinkach, zaledwie cztery dni po spotkaniu z Portugalią. Pojechaliśmy tam w bardzo dobrych nastrojach, podbudowani wynikiem i dobrymi recenzjami, ale pamiętaliśmy też, że w pierwszym meczu ulegliśmy Finom 1:3. Tym razem było inaczej. Chociaż w Helsinkach nie zdobyliśmy bramki, remis 0:0 okazał się dla nas bezcenny.

Decydujące starcia eliminacji do Euro 2008

Grali pięknie jak nigdy, przegrali jak zawsze? To się miało dopiero okazać. W październiku 2007 roku reprezentację czekały dwa decydujące mecze. Zdobycie w nich sześciu punktów gwarantowało awans do mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii. 13 października polski zespół ograł 3:1 Kazachstan, a kapitalnym hat-trickiem popisał się Euzebiusz Smolarek, który przeżywał najlepszy okres w karierze. Dodatkową trudnością była awaria elektryki na stadionie, z powodu której zgasły jupitery, ale wydarzenie to pozwoliło zebrać siły naszym zawodnikom i odwrócić losy meczu. Już miesiąc później, 17 listopada, Polska stanęła przed szansą zapewnienia sobie udziału w europejskim czempionacie. Jego niekwestionowanym bohaterem, jak i całych eliminacji, został Euzebiusz Smolarek. 

Euzebiusz Smolarek:

Do szatni zeszliśmy z jednobramkowym prowadzeniem. Defensywa rywala popełniła duży błąd w końcówce pierwszej połowy. Gdy Jan Vertonghen przyjął piłkę, od razu zauważyłem, że się waha i nie wie, co z nią zrobić. Nie mógł zagrać do najbliższego obrońcy, bo stałem tuż obok niego. Ryzykowne było także podanie do środka boiska, bo był tam Maciek Żurawski. Vertonghen miał więc dwie możliwości – albo rzucić długą piłkę do przodu, albo wycofać ją do bramkarza. Powinien dużo szybciej zareagować i podjąć decyzję, bo byłem przygotowany na sprint w stronę bramki. Belg nieudolnie podał do bramkarza, więc minąłem golkipera i umieściłem piłkę w siatce.
Kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy przeprowadziliśmy świetną akcję. Po zagraniu Kuby Błaszczykowskiego przed polem karnym w moją stronę Belgowie wybili piłkę. Chwilę później uderzył Jacek Krzynówek, bramkarz odbił futbolówkę, a ja podciąłem nad nim piłkę. Wiedziałem, że przy strzale Jacka muszę uciekać z pozycji spalonej. Można powiedzieć, że było na styk. Decydowały centymetry.
Po końcowym gwizdku sędziego wybuchła radość na boisku i na trybunach Stadionu Śląskiego. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, co się tak naprawdę stało. W tym obiekcie zawsze było coś magicznego, coś szczególnego. Polacy odnieśli na nim wiele ważnych zwycięstw i fajnie, że też mogłem coś takiego tam przeżyć.

Polacy, którzy mogli świętować, mieli do rozegrania ostatnie spotkanie – z Serbami na wyjeździe. O niczym już nie decydowało, w związku z czym selekcjoner dał szansę zawodnikom, którzy byli ważną częścią zespołu, a nie mieli do tej pory okazji wykazać się na boisku w meczu o punkty. Mecz zakończył się rezultatem 2:2. Polska wygrała grupę eliminacyjną i w glorii chwały przystępowała do przygotowań do mistrzostw Europy, które rozegrano niecały rok później. 

 

Historia polskiej piłki nożnej jest bogata w ważne mecze. Jeśli chcesz się z nią zapoznać jeszcze lepiej, zamów książkę Moje najważniejsze 90 minut i wiele innych pozycji w sportowej księgarni internetowej labotiga.pl i daj się porwać piłkarskim emocjom!

Skomentuj ten wpis

* Imię
* Email (nie publikowany)
* Komentarz
Przepisz kod