5%

Newsletter

Zapisz się i odbierz rabat 5%

Email:

Brak produktów

150,00 zł Do darmowej dostawy brakuje:
Wartość produktów: 0,00 zł
Realizuj zamówienie

Produkt dodany do koszyka!

Ilość:
Razem:

Produktów w koszyku: 0. Jest 1 produkt w Twoim koszyku.

Wartość koszyka:
Do darmowej dostawy brakuje: 150,00 zł

Trwa LETNIA WYPRZEDAŻ! Książki, gadżety, akcesoria sportowe i e-booki w cenach od 9 zł czekają na Ciebie :-) Sprawdź szczegóły promocji TUTAJ.

Fenomen Marka Citki

Fenomen Marka Citki

Lata 90. XX wieku nie były zbyt szczęśliwe dla polskiego futbolu. Oprócz kapitalnego występu polskiej reprezentacji na igrzyskach olimpijskich w 1992 roku, kadra narodowa dość szybko przepadała w eliminacjach do kolejnych wielkich turniejów. Nic więc dziwnego, że polscy kibice chwytali się każdej nadziei na wydobycie polskiej piłki z marazmu. Jedną z nich był bez wątpienia Marek Citko, o czym możesz przeczytać w szóstym numerze doskonałego Magazynu Kopalnia.

 

Początki chłopaka z Podlasia

Urodzony 27 marca 1974 roku piłkarz rozpoczynał karierę we Włókniarzu Białystok. Podobnie jak wielu piłkarzy z tamtego pokolenia, urodził się w tym daleko wysuniętym na północny wschód kraju mieście. Region ten był wówczas swego rodzaju kopalnią polskich talentów piłkarskich.

Citko spędził we Włókniarzu osiem lat, po czym przeszedł do dużo bardziej znanej Jagiellonii Białystok. Zdążył tam okrzepnąć. Zakończył przygodę z futbolem juniorskim i przez trzy sezony reprezentował żółto-czerwonych, w tym w sezonie 1992/1993 w najwyższej klasie rozgrywkowej, choć po tej kampanii Jagiellonia z hukiem spadła z pierwszej ligi.

 

 

Citko – udany transfer do Widzewa

Indywidualne występy Marka były jednak na tyle imponujące, że włodarze Widzewa Łódź zdecydowali się na zatrudnienie wciąż młodego zawodnika. Błyskawicznie stał się jedną z najjaśniej błyszczących gwiazd zespołu. Nie był typowym łowcą bramek, ale swym sprytem i efektownym stylem gry zdobywał serca kibiców i uznanie kolegów z murawy. Tomasz Łapiński, autor tekstu w Kopalni 6 o naszym bohaterze, tak wspomina tamte niełatwe na początku, jak się okazuje, czasy:

Przypominam sobie zmęczonego chłopaka na obozie w Buku, wlokącego się samotnie charakterystycznym kolebiącym się na boki truchtem 100 metrów za resztą drużyny, na naprawdę lekkim treningu biegowym. My szliśmy na te zajęcia z radością, bo u Franka Smudy zapieprz to był z piłkami na boisku. Gdy dołożę do tego obraz niewygimnastykowanego, sztywnego jak tyka chłopaka, który żeby zrobić skłon, sięga dłońmi ledwo tuż za kolana, to myślę, że to wszystko bujda! Wydaje się niemożliwe, by za chwilę został najgorętszym towarem na rynku transferowym.


A jednak, w trakcie meczu jego ułomności fizyczne znikały, przykryte techniką, panowaniem nad piłką, siłą w bezpośrednim kontakcie z przeciwnikiem i co chyba najważniejsze – niesamowitą, powiedziałbym nawet, bezczelnością. Nie było widać żadnej tremy, strachu. Być może wtedy jeszcze nie wiedział, co to presja, wymagania, oczekiwania.
Na boisku wtedy jeszcze wszystko było dla niego możliwe.


Początkowo wkurzaliśmy się na niego, bo przeplatał genialne zagrania pięcioma stratami, co przekładało się na kilometry, które my musieliśmy przebiec, żeby odebrać piłkę. Nie zrażał się stratami, miał wsparcie Franka, my warczeliśmy na niego, a on grał swoje. Kapitalne zagranie, nieszablonowy zwód, pięć strat i stek przekleństw z naszej strony, jak w meczu z Brøndby, gdy w pierwszej połowie przy 0:0 wyszedł sam na sam i z zamiarem lobowania bramkarza podał mu piłkę prosto w ręce. W odpowiedzi Duńczycy wpakowali nam trzy gole. Po czym w drugiej połowie to on dał nam bramką nadzieję na awans do Ligi Mistrzów. Przywykliśmy do tej sinusoidy. Powinna się nazywać „Citkosoida”.

Ostatecznie status supergwiazdy polskiej piłki zyskał podczas Ligi Mistrzów w sezonie 1996/1997. Mimo że mistrz Polski nie wyszedł z grupy w tych rozgrywkach, sympatycy futbolu w Polsce byli tak spragnieni międzynarodowych sukcesów, że za taki uznali jedno zwycięstwo ze Steauą Bukareszt i jeden remis z Borussią Dortmund (późniejszym triumfatorem tej edycji) w sześciu rozegranych meczach.

Największą furorę zrobił przepiękny gol zdobyty przez Citkę w domowym starciu z Atlético Madryt. Trafienie było przedniej urody, lecz finalnie mecz zakończył się bezdyskusyjnym zwycięstwem Los Colchoneros.

 

 

Chwila spełnienia Citki na Wembley, o czym przeczytasz w Magazynie Kopalnia

Również kariera reprezentacyjna Marka była krótka, ale intensywna. W latach 1996–1997 zdążył rozegrać w koszulce z Orłem na piersi dziesięć spotkań, a najważniejszym z nich było z pewnością czwarte w kolejności – przeciwko Anglii na Wembley. To właśnie Citko został pierwszym polskim strzelcem bramki w tej świątyni futbolu od 23 lat. Ale podobnie jak w przypadku wielu innych meczów międzynarodowych z jego udziałem na niewiele się to zdało, Polska bowiem przegrała tamto spotkanie 1:2.

Ten gol, podobnie jak udane występy w Lidze Mistrzów, oznaczał jednak dla niego szokujące zwycięstwo w plebiscycie na najlepszego sportowca Polski roku 1996. Citko został doceniony bardziej niż choćby medaliści igrzysk olimpijskich w Atlancie. Niech to zobrazuje, jak polscy fani byli głodni sukcesu w piłce nożnej.

 

 

Kontuzja, która przekreśliła karierę

Gdy kariera młodego piłkarza nabierała rozpędu i wydawało się, że nie ma dla niego granicy nie do przeskoczenia, nadszedł 17 maja 1997 roku. Mecz z Górnikiem Zabrze zapowiadał się jak każdy inny, ale jak się okazało, zdefiniował on dalszą przygodę z piłką naszego bohatera. Oto jak wspomina to Tomasz Łapiński, kolega Marka z Widzewa Łódź:

Kluczowe zdarzenie z jego życia zapisało się w mojej pamięci z dziwnej, nietypowej dla mnie perspektywy. Chwilę, która sprawiła, że z piedestału spadł w niebyt, pamiętam, jakbym był napastnikiem, a nie defensorem.
Zabrze, maj, środek dnia, słońce bezlitośnie znęcające się nad nami i nad może 2 tysiącami kibiców, przeciętny mecz pierwszej wtedy ligi, poprzedniczki dzisiejszej ekstraklasy. Żadne porywające widowisko, prowadzone raczej w ślimaczym tempie, odpowiednim dla pory rozgrywania meczu.


Zabrałem się z akcją ofensywną i kiedy obejrzałem się w okolicy szesnastki przeciwnika, zobaczyłem go leżącego z boku boiska, na wysokości linii środkowej. Zwijał się z bólu. My graliśmy dalej. Wszyscy przeoczyliśmy tę krytyczną chwilę jego życia. Wyskoczył do piłki, sam, bez przeciwnika. Wylądował już bez ścięgna Achillesa. Upadł, akcja rozwijała się dalej, nikt nie zwrócił na niego uwagi, mecz trwał, jakby nic się nie wydarzyło. On, którego nazwisko przez ostatnich 18 miesięcy nie schodziło z pierwszych stron gazet i z ust kibiców, obiekt niespotykanej, znanej raczej z Hollywood, szaleńczej popularności, w tej właśnie niezarejestrowanej chwili zniknął. Nikt wtedy tego nie wiedział, on też, ale zniknął taki, jakim go wszyscy obserwowali przez te półtora roku.


Kiedy podszedłem, klęczeli przy nim i doktor, i maser. Nad piętą, w miejscu, gdzie normalnie był gruby sznur Achillesa, wisiała zapadnięta skóra. On płakał z bólu. Spocony, brudny chłopak o twarzy dziecka, z ciemnymi smugami łez na policzkach. Marek Citko nie wyglądał jak bożyszcze tłumów.

Rehabilitacja i powrót do pełnej sprawności zajął Citce aż 16 miesięcy. Po wznowieniu kariery nie przypominał siebie z dawnych lat. Już nigdy nie zdołał zaprezentować tak błyskotliwego poziomu, jaki pokazywał na przełomie lat 1996 i 1997. Z ulubieńca fanów futbolu w Polsce przeistoczył się w przeciętnego zawodnika, jakich na polskich boiskach było na pęczki.

 

Futbol to nie tylko wielkie sportowe emocje. To również piękne i dramatyczne ludzkie historie, które znajdziesz w serii Kopalnia, którą – podobnie jak inne książki sportowe – znajdziesz w sportowej księgarni internetowej labotiga.pl.

 

Skomentuj ten wpis

* Imię
* Email (nie publikowany)
* Komentarz
Przepisz kod